Stałem przy wyjściu z jaskini i chłostany strugami deszczu wsłuchiwałem się w gwizd wiatru pomiędzy skałami domu.
Gdzieś tam, na południu od domu, w sekwojowym lesie ciągnącym się także na wschód i na północ, słyszałem prychanie zwierzęcia, które chciałem dopaść.
Tam odpoczywa puma, myślałem.
Hah. Doprawdy godny przeciwnik.
Zamarznięta Laura stała przy mnie.
- Nie możesz iść - powiedziała. - Nie możesz tak ryzykować. Sprowadzisz ich prosto do domu.
- Nie tym razem. To nie głosy. - odparłem. wiedziałem że wpatruje się szklistym wzrokiem w ciemną linię lasu. Słyszał cichy warczący głos. - Po tej ofierze nikt nie będzie płakał. Jest bestią z dzikiego świata. Podobnie jak ja.
Naprawde chciałem ją dorwać. Tą mocarną kocice która zabiła szczeniaka Laury, a teraz ukrywa się w całkiem bliskim gąszczu wraz z trójką swoich prawie dorosłych potomków, pogrążonych w spokojnym śnie, ale gotowych wyrwać się z pod matczynej opieki i odejść w brutalny świat. Ich zapachy mieszały się w moich nozdrzach. Jako jedyny z rodziny miałem wyostrzone zmysły.
Musiałem wyruszyć na łowy. Moja druga starsza siostra Momoko, miała za dwa dni urodzić i potrzebowała mięsa bardziej niż ktokolwiek z nas. Jej partner Nick siedział przy niej całkiem wykończony. Przez tydzień bez ustanku polował żeby zapewnić jej i nam byt. Postanowiłem go wyręczyć, a w taką pogode on i tak by nic nie upolował.
Nie mogłem się powstrzymać. Głód i niepokój stały się nie zniesienia.
Odwróciłem się i szturchnąłem lekko młodszą siostrę, chodź była młodsza ode mnie o minute, na pocieszenie. Nagle ktoś do nas podszedł. Pochyliłem się żeby pocałować Tanie. Otoczyłem jej twarz potężnymi łapami z wielką delikatnością, ale i tak bałem się, że ją skrzywdze. Była taka drobna.
- Czekaj na mnie przy ognisku - spojrzałem jej w oczy - Ogrzej się. Obiecuje Ci. To nie potrwa długo.
Zacząłem biec, gdy tylko Tania i Laura weszły wgłąb jaskini.
Zwinnie zagłębiłem się w żywy, szepczący las. Gnałem na czwórkach z taką prędkością, że prawie nic nie widziałem. Zapach dzikich kotów przyciągnął mnie jak drżąca, naprężona lina.
Wiatr od morza w sekwojach był prawie niewyczuwalny, a deszcz stał się ledwie mgiełką muskającą oczy.
Byłem prawie u celu. Jeszcze tylko kawałek.. Nagle poczułem okropny smród.. to była.. krew... Jak oparzony odskoczyłem i zmieniłem kierunek. Moim jedynym celem było teraz dotarcie do domu.
Ojcze, matko, Laura, Tania... wszyscy... czekajcie ! myślałem.
Gdy byłem już niedaleko zapach krwi nasilał się jeszcze bardziej, aż do nieprzytomności.
Wbiegłem do jaskini.
- Tania! Matko ! Ojcze ! Wszyscy ! - stanąłem jak wryty. Oni... żyli.. Podnieśli głowy zaspani.
- James ? - ojciec spojrzał na mnie gniewnie.
- Myślałem że wy .. że was zabili !
- Co ?! - krzyknęła matka. - Już wysyłasz nas do grobu !?
- Matko, to nie tak. Krew.. Krew !
- Krew ? - Tania podeszła do mnie powoli i patrzyła jakbym był obcym. - James.. o co Ci chodzi ?
- Uciekajmy. - stwierdziła bez zawahania Laura.
- Nie gadaj głupot - odparł ojciec. - dlaczego mamy uciekać ? Bo James znowu ma swoje jakieś głupie przeczucie ?
głupie ?! wkurzyłem się ale nie wypowiedziałem tego na głos. Dostałbym większe baty.
- Już raz kiedy nie posłuchaliśmy Jamesa to dostaliśmy nauczke ! - krzyknęła. Wiedziałem żę to co w niej siedziało powoli wypełza. Śmierć partnera Laury, Black'a i jej dzieci, przeważyła.
Wszyscy stali jak wryci. Spojrzałem na Tanię i podszedłem do Laury, spoglądając jej w oczy.
- James.
Przytuliłem ją.
- Chodźmy. szepnąłem do siostry.
Wyszliśmy z jaskini, a reszta poszła nagle za nami. Wiedziałem że rodzina nie zostawi Laury, a na pewno nie ze mną. Przecież jestem czarną owcą w rodzinie. Całkowicie inny. To znaczy - zły.
Nagle szelest. Kazałem im biec, a sam wróciłem do jaskini. Wziąłem w pysk cienki pieniek z ogniska i pobiegłem w ich strone. Odwróciłem głowe i ich ujrzałem. Watahe całą we krwi. Stali na górze jaskini. Pare wilków zaczęło biec w moją strone.
Zacząłem podpalać trawe w lini prostej podpalałem las za sobą. Wiedziałem że rodzina sobie poradzi. W końcu ojciec nie jest byle jakim wilkiem tylko Alfą.
Wtedy właśnie rodzina przestała dla mnie istnieć. Nie ma już jej. Nigdy więcej.
I Zacząłem swoją wędrówkę.
Rok później miałem już cztery lata.. trzy dni po moich urodzinach wkroczyłem na terytorium innego wilka. Czułem że to nie miejsce dla mnie. Chciałem tylko przejść na drugą strone doliny i kontynuować wędrówkę..
Nagle usłyszałem szelest. Stałem i czekałem na zbliżającego się wilka.
Po stawianiu łap mogłem wywnioskować że to był basior, ale nie miałem czego się obawiać ponieważ szedł powoli i nie wyglądał jakby chciał zaatakować.
- Kim jesteś ? - dumnym krokiem wyszedł z głębi lasu na łąkę.
- Nikim ważnym. - chrząknąłem.
< Spiritual Sikre? >
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Zanim napiszesz to przeczytaj Reguły ;)
1. Podpisuj się imieniem wilka
2. Jeśli nie jesteś z WWI to podpisuj się pełną nazwą watahy
3. Nie obrażaj nikogo w komentarzach.
Miłego dnia
Administrator :)
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.